Elpidiańskie oblicza

Ks. prof. dr hab. Bogdan Ferdek

   Papież Jan Paweł II w Ecclesia in Europa napisał: „Oznaką gaśnięcia nadziei bywają niepokojące formy tego, co można nazwać <kulturą śmierci>” (9). Skoro brak nadziei stanowi istotę śmierci, dlatego gaśnięcie nadziei rodzi kulturę śmierci. Ta kultura śmierci przejawia się nawet w sposobie grzebania zmarłych. W Niemczech popularność zyskują tzw. lasy spoczynku, w których anonimowo grzebie się zmarłych. Ich prochy umieszcza się w biologicznie rozkładających się urnach, które zakopuje się w korzeniach drzew, przy czym nie zezwala się na symbole religijne czy tablice noszące dane zmarłych, a nawet na wieńce, kwiaty czy znicze. Samo drzewo ma być grobem i pomnikiem. Za takim sposobem grzebania zmarłych stoi rozumienie śmierci jako powrotu do natury1. W takim rozumieniu śmierć oznacza brak wszelkiej nadziei. W kontekście współczesnej kultury śmierci będącej oznaką gaśnięcia nadziei papież Benedykt XVI pisze encyklikę o nadziei: Spe salvi. Dla św. Augustyna „nadzieja dotyczy tylko dóbr i to jedynie przyszłych, i do tego człowieka się odnoszących, o którym słyszymy, że ją w nim pokłada”2. Papież Benedykt XVI pogłębia augustyńskie rozumienie nadziei podkreślając, że jest ona nie tylko oczekiwaniem przyszłego dobra, ale to przyszłe dobro uobecnia już w teraźniejszości: Nadzieja – pisze papież w encyklice – „Już teraz daje nam coś z samej oczekiwanej rzeczywistości, a obecna rzeczywistość stanowi dla nas <dowód> rzeczy, których jeszcze nie widzimy. Włącza przyszłość w obecny czas do tego stopnia, że nie jest ono już czystym <jeszcze nie>” (7). Przedmiot nadziei nie jest więc tylko sprawą przyszłości, ale jest już doświadczany w teraźniejszości. Według św. Tomasza z Akwinu: „przedmiotem nadziei jest dobro przyszłe, trudne, możliwe do osiągnięcia. Podwójną zaś mamy możność zdobycia czegoś: pierwsze, własnymi siłami; drugie, przy pomocy innych. O ile przeto spodziewamy się czegoś, możliwego dla nas przy Bożej pomocy, nadzieja nasza dosięga samego Boga, na którego pomocy się opiera”3. „Nie należy bowiem spodziewać się od Boga, czegoś mniejszego, niż On sam”4. Nadzieja byłaby więc oczekiwaniem Boga od Boga5. „Prawdziwą, wielką nadzieją człowieka, która przetrwa wszelkie zawody, może być tylko Bóg” (Spe salvi 27). To oczekiwanie Boga od Boga ma różne oblicza. Papież Benedykt XVI zwraca uwagę również na te oblicza nadziei, które są marginalizowane we współczesnej teologii, a są nimi: sąd Boży, czyściec i modlitwa za zmarłych. 

1. Sąd Boży

   Niemal wszystkie religie znają ideę sprawiedliwego sądu Bożego. Papież odwołuje się do Platona cytując tekst z Gorgiasza, który wyraża przeczucie sprawiedliwego sądu Boga (Spe salvi 44). Prawda wiary o sądzie Bożym wywoływała niejednokrotnie przerażenie wśród chrześcijan, o czym może świadczyć sekwencja Dies irae:

      Dies irae, dies illa

     Solvet saeclum in favilla

     Teste David cum Sybilla.

     Quantus tremor est futurus

     Quando iudex est venturus

     Cuncta stricte discussurus

   Według Benedykta XVI: „Obraz Sądu ostatecznego nie jest przede wszystkim obrazem przerażającym, ale obrazem nadziei…Bóg jest sprawiedliwością i zapewnia sprawiedliwość… Nie zmienia niesprawiedliwości w prawo. Nie jest gąbką, która wymazuje wszystko, tak że w końcu to, co robiło się na ziemi, miałoby w efekcie zawsze tę samą wartość…Na uczcie wiekuistej złoczyńcy nie zasiądą ostatecznie przy stole obok ofiar, tak jakby nie było między nimi żadnej różnicy” (44)”. Sprawiedliwość jest zapomnianym przymiotem Boga. Dzisiaj akcentuje się Jego miłosierdzie. Ten Boży przymiot otaczany jest kultem, którego wyrazem jest Święto Miłosierdzia Bożego. Kult miłosierdzia może prowadzić do zapomnienia o innym przymiocie Bożym, którym jest sprawiedliwość, ewentualnie do przekonania, że: „Miłosierdzie jest rozluźnieniem sprawiedliwości”6. Takie rozumienie miłosierdzia dochodzi do głosu w doktrynie o apokatastasis, której odmianą jest nadzieja powszechnego zbawienia. Przedmiotem tej nadziei jest puste piekło7. „Według wielu entuzjastów apokatastazy Boga w gruncie rzeczy nie interesuje ani nasze życie, ani nasze wybory, ani nasze zmagania…mamy oto obraz Boga spętanego własną miłością i wszechmocą, który póki co nic nie może i nie powinien mieć do powiedzenia w tym świecie. Z Boga bliskiego staje się On Bogiem dalekim – Bogiem <wygodniejszym> do życia ….Bogiem dalekim, schowanym za obraz miłości wybaczającej, który jest jednak często karykaturą miłosierdzia: Bogiem Ojcem wybaczającym tak bardzo i tak wiele, że niewymagającym niczego i od nikogo. Bogiem –… po prostu obojętnym. Niezależnie od wszelkich okoliczności czeka nas zbawienie…”8. Sprawiedliwości nie można oddzielić od Bożego miłosierdzia, tak jak nie można oddzielić miłosierdzia od sprawiedliwości Bożej. Dla papieża Benedykta XVI miłosierdzie Boże jest sprawiedliwe, ale też sprawiedliwość Boża jest miłosierna i dlatego w Spe salvi pisze: „Jednak w Jego sprawiedliwości zawiera się również łaska…Łaska nie przekreśla sprawiedliwości. Sąd Boży jest nadzieją, zarówno dlatego, że jest sprawiedliwością, jak i dlatego, że jest łaską. Gdyby był tylko łaską, tak że wszystko, co ziemskie, byłoby bez znaczenia, Bóg byłby nam winien odpowiedź na pytanie o sprawiedliwość…Gdyby był tylko sprawiedliwością, byłby ostatecznie dla nas wszystkich jedynie przyczyną lęku” (47). Na związek miłosierdzia Bożego ze sprawiedliwością zwracał uwagę św. Tomasz z Akwinu: „Bóg, okazując komuś miłosierdzie, nie działa wbrew, czyli z naruszeniem swojej sprawiedliwości, ale czyni coś ponad nią”9. „Otóż każde dzieło Bożej sprawiedliwości zakłada dzieło miłosierdzia i na nim się opiera…nawet i w potępieniu odrzuconych przejawia się miłosierdzie; wprawdzie nie uchyla ono całkiem wyroku, ale go coś niecoś łagodzi, karząc mniej niż się należy. Również i w usprawiedliwieniu grzesznika przejawia się sprawiedliwość; jeśli bowiem odpuszcza mu grzechy, to w zamian za miłość, którą jednak miłosiernie sam wlewa do duszy”10. Miłosierdzie Boże jest więc sprawiedliwe, a sprawiedliwość Boża miłosierna i dlatego Bóg nie jest Temidą, która wymierza sprawiedliwość mając przesłonięte oczy. Bóg ma oczy otwarte i dlatego Jego sprawiedliwość nie wyklucza miłosierdzia. W przypadku Sądu Bożego wzajemny związek miłosierdzia i sprawiedliwości opiera się na krzyżu, na którym dokonał się sąd nad światem. To właśnie na krzyżu Sędzia został osądzony za tych, których będzie sądził. Krzyż jest więc otwarciem Bożej sprawiedliwości na miłosierdzie. Zwraca na to uwagę Benedykt XVI, gdy pisze: „Ten brud został już bowiem wypalony w Męce Chrystusa. W chwili Sądu Ostatecznego doświadczamy i przyjmujemy, że Jego miłość przewyższa całe zło świata i zło w nas” (Spe salvi 47).

   Ze sprawiedliwości Bożej, która objawi się na sądzie papież czyni argument za wiarą w przeciwieństwie do entuzjastów apokatastazy, którzy z miłosierdzia czynią teologicznie uargumentowane usprawiedliwienie niewiary. Według Benedykta XVI: „kwestia sprawiedliwości stanowi istotny argument, a w każdym razie argument najmocniejszy za wiarą w życie wieczne”(43). Człowiek od samego początku nosi pragnienie sprawiedliwości, choć nigdy jej nie doświadczył. W imię sprawiedliwości sankcjonowano niesprawiedliwość zastępując stare zbrodnie nowymi. Pomimo nieustannego zawodu sprawiedliwością, człowiek jej pragnie, bo jest obrazem Tego, który jest sprawiedliwy. Sprawiedliwy Bóg na sądzie usunie na zawsze wszelką niesprawiedliwość. Według Benedykta XVI: „Bóg potrafi zaprowadzić sprawiedliwość w sposób, którego nie jesteśmy w stanie pojąć, a który jednak przez wiarę możemy przeczuwać. Tak, istnieje zmartwychwstanie ciał” (Spe salvi 43). To zmartwychwstanie ciał związane z sądem będzie jakby wymazaniem przeszłej niesprawiedliwości. Zmartwychwstanie umarłych implikuje bowiem: „<odwołanie> minionego cierpienia, zadośćuczynienie, które przywraca prawo” (Spe salvi 43). Według św. Tomasza z Akwinu” „Bóg jest powszechnym opatrzycielem całego świata. Do tej Jego opatrzności – w trosce o zachowanie doskonałego dobra całości – należy dopuścić istnienie zła czy ubytku w niektórych poszczególnych rzeczach. Pomyśleć! Ileż dóbr pozbawiono by całość, gdyby usunięto wszystko zło!…Nie byłoby cierpliwości męczenników, gdyby nie prześladowania tyranów! Augustyn tak tę myśl oddaje: <Bóg wszechmocny w żaden sposób nie dopuściłby do istnienia zła w swoich dziełach, gdyby nie był na tyle wszechmocny i dobry, żeby zło obrócić na dobro”11. Zmartwychwstanie umarłych oznacza zatem przyszłość także dla najdalszej przeszłości. Bez przyszłości dla przeszłości nie ma nadziei, bo to, co się rodzi umrze, a to, czego jeszcze nie ma, pewnego dnia już nie będzie. Nadzieja na zmartwychwstanie nie oznacza przyszłości w historii, ale przyszłość historii, w której tragiczny wymiar historii będzie rozwiązany12. Zmartwychwstanie umarłych przywraca to, co w historii nie może być przywrócone – życie zmarłym, i sprawiedliwość ofiarom niesprawiedliwości. Sąd Boży uleczy więc dwie choroby świata: niesprawiedliwość i śmiertelność. Nie które stoi przed sprawiedliwością zmieni swoją pozycję i przejdzie przed śmiertelność: niesprawiedliwość zostanie uleczona sprawiedliwością, a śmiertelność nieśmiertelnością.

    Sąd Boży włączony jest już w obecny czas do tego stopnia, że nie jest on już czystym „jeszcze nie”. Według Ewangelii św. Jana sąd już się dokonuje: „A sąd polega na tym, że światło przyszło na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło: bo złe były ich uczynki” (J 3, 19). Tak więc „teraz” ludzkiego życia, w którym człowiek dokonuje wyborów za światłem lub ciemnością, jest już doświadczeniem Bożego sądu

2. Czyściec
 

   Papież Benedykt XVI z sądem Bożym wiąże czyściec. Przeczucie czyśćca można odnaleźć u Platona. W Fedonie można przeczytać: „I których życie wyda się ani zanadto złe, ani nazbyt dobre, ci idą nad acheront, wsiadają do łodzi, które tu dla nich są, i przypływają w nich do jeziora. Tu mieszkają i oczyszczają się” (LXIIW). „A których grzechy wydadzą się wielkie, ale uleczalne, jak na przykład gwałt jakiś dokonany w gniewie na ojcu lub matce, którego potem żałowali i odmienili życie, …ci muszą wprawdzie spaść do Tartaru i zostawać tam przez rok, ale ich po roku fala wyrzuca i mężobójców do Kokytosu niesie, a ojcobójców i matkobójców do Poriflegetonu. A kiedy płynąc nurtem znajdą się w jeziorze Acheruzja, wtedy krzyczą głośno i wołają: jedni tych, których byli zabili, drudzy tych, którym wyrządzili krzywdę; wołają ich, zaklinają i proszą, żeby im pozwolili wyjść na brzeg jeziora i chcieli przyjąć do siebie; jeżeli zostaną wysłuchani, wychodzą na brzeg i przestają cierpieć, a jeżeli nie, fala ich znowu do Tartaru niesie, a stamtąd na powrót do rzek wrzuca i to cierpienie nie kończy się prędzej, aż im się uda nakłonić i pozyskać tych, których pokrzywdzili” (LXII).

    Proces oczyszczenia po śmierci podpowiada również doświadczenie życiowe. Według Benedykta XVI „…u większości ludzi w najgłębszej sferze ich istoty jest obecne wewnętrzne otwarcie na prawdę, na miłość, na Boga. Jednak w konkretnych wyborach życiowych jest ono przesłonięte przez coraz to nowe kompromisy ze złem” (Spe salvi 45). Papieżowi obcy jest fundamentalizm, który postrzega tylko dwie barwy: czarną i białą. „W obliczu barwności świata, gdzie dobro wymieszane jest ze złem, fundamentalista wykazuje nieposkromioną tendencję do tłumienia całej kolorystyki tej rzeczywistości. Dąży do wytworzenia kontrastu między czarnym a białym”13. Tymczasem rzeczywistość jest szara: nie ma tak dobrego człowieka, o którym nie można by powiedzieć coś złego i odwrotnie, nie ma tak złego człowieka, o którym nie można by powiedzieć coś dobrego. To doświadczenie życiowe podpowiada czyściec. Według papieża: „Jest to jednak błogosławione cierpienie, w którym święta moc Jego miłości przenika nas jak ogień, abyśmy w końcu całkowicie należeli do siebie, a przez to całkowicie do Boga” (Spe salvi 47). Ta próba zdefiniowania czyśćca zdecydowanie odbiega od koncepcji czyśćca przedstawionej przez św. Tomasza z Akwinu. Dla niego czyściec był czasowym piekłem: „ogień czyśćca i piekła jest ten sam. Z czego wynika, że dusze czyśćcowe i potępieni są w tym samym miejscu…Ogień czyśćcowy jest wieczny, co do substancji, ale czasowy, co do skutku”14. Według Benedykta XVI czyściec jest raczej „przedsionkiem nieba”. W nim już nadzieja zbawienia staje się pewnością. Według papieża Jana Pawła II czyściec jest drogą do pełnej szczęśliwości „dla tych, którzy są w sytuacji otwarcia się na Boga, lecz w sposób niedoskonały”15. Pod tą kategorię ludzi można by podciągnąć tych, „którzy bez własnej winy nie znając Ewangelii Chrystusa i Jego Kościoła, szczerym sercem szukają jednak Boga, a Jego wolę poznaną przez nakaz sumienia starają się pod wpływem łaski wypełniać w swoim postępowaniu” a nawet tych, „którzy bez własnej winy w ogóle nie doszli jeszcze do wyraźnego poznania Boga, a usiłują nie bez łaski Bożej, prowadzić uczciwe życie” (Lumen gentium 16). Czyściec widziany niejako z perspektywy ziemskiego czasu byłby nadzieją zbawienia dla wszystkich. Z tego względu  Kościół Wschodni, chociaż modli się za zmarłych, to jednak odnosi się z rezerwą do nauki o purgatorium (czyśćcu) z powodu jej bliskości do orygenistycznej idei apokatastazy16. „Wschód nie uznaje oczyszczającego i pokutniczego cierpienia dusz  <na tamtym świecie>, ale uznaje różne stopnie szczęśliwości lub też cierpienia w stanie pośrednim” (Spe salvi 48).

     Papież Benedykt XVI podejmuje problem „trwania” czyśćca pisząc, że:…nie możemy mierzyć <trwania> tego przemieniającego wypalania miarami czasu naszego świata. Przemieniający <moment> tego spotkania wymyka się ziemskim miarom czasu – jest czasem serca, czasem <przejścia> do komunii z Bogiem w Ciele Chrystusa” (47). Po drugiej stronie śmierci nie liczą się kategorie czasu i przestrzeni z tej strony śmierci. Nie można ich zatem opisać, bo każda próba będzie implikowała kategorie czasu i przestrzeni z tej strony śmierci. „W świecie pozagrobowym nie obowiązują już prawa czasowego następstwa wydarzeń, ale zbiegają się one i łączą ze sobą w jedno wydarzenie. Jedynie na płaszczyźnie poznawczej i w kategoriach czasu ziemskiego można je rozróżniać i opisywać”17.

     W związku z problemem trwania czyśćca trzeba wrócić do sądu Bożego, który też implikuje czasowy problem. Rozpatrując sąd Boży na płaszczyźnie poznawczej i w kategoriach czasu ziemskiego można ujmować go jako proces, którego etapami są: czas ziemskiego życia, moment śmierci i paruzja. Sąd Boży w momencie śmierci teologia katolicka nazywała sądem szczegółowym, a sąd związany z paruzją – sądem ostatecznym. Papież Benedykt XVI nie pisze wprost o sądzie szczegółowym, nie mniej jednak przedstawiona przez niego teologia czyśćca implikuje ten sąd. Podział Bożego sądu na szczegółowy i ostateczny zrodził problem wzajemnych relacji pomiędzy tymi sądami. Według św. Tomasza z Akwinu: „Każdy człowiek nie tylko jest jakąś poszczególną osobą, ale także częścią całego rodzaju ludzkiego. Stąd też powinien odbyć się nad nim dwojaki sąd. Jeden osobisty. Będzie on nad nim po śmierci, kiedy to <każdy otrzyma zapłatę za uczynki dokonane w ciele”, aczkolwiek nie całkowicie, bo nie otrzymuje jej ciało, a tylko jego dusza. Drugi sąd powinien odbyć się nad człowiekiem jako nad częścią całego rodzaju ludzkiego”18. Benedykt XVI nie podejmuje próby rozwiązania problemu relacji pomiędzy sądem szczegółowym a sądem ostatecznym, lecz jego refleksja nad czasem pozwala postawić dawny problem w nowym świetle. Według papieża: „nie potrzeba przestawiać czasu ziemskiego na czas Boski: w obcowaniu dusz zwykły czas ziemski po prostu zostaje przekroczony” ( Spe salvi 48). Nie da się przeliczać czasu ludzkiego na czas Boży tak jak przelicza się waluty i dlatego można przyjąć opinię św. Hieronima, że: „przez Dzień Pański należy rozumieć dzień sądu (ostatecznego) albo dzień opuszczenia ciała, gdyż to, co stanie się ze wszystkimi w dniu sądu, to z poszczególnymi dzieje się w dniu śmierci”19.

      Chociaż w czyśćcu czas ziemski zostaje przekroczony, to jednak czyściec włączony jest już w obecny czas do tego stopnia, że nie jest on tylko czystym „jeszcze nie”. To włączenie czyśćca w ziemski czas dokonuje się poprzez sakrament pokuty. Jedną z części tego sakramentu jest zadośćuczynienie. Według Soboru Trydenckiego: „zadośćuczynienie, które spłacamy za nasze grzechy, nie jest na tyle <nasze>, by nie było przez Jezusa Chrystusa”20. Dokładniej istotę zadośćuczynienia wyjaśnia papież Jan Paweł II: „Człowiek musi być bowiem stopniowo <uzdrowiony> z negatywnych konsekwencji, jakie pozostawił w nim grzech (a które tradycja teologiczna nazywa <karami> i <śladami> grzechu)…Kara doczesna spełnia rolę <lekarstwa>…Taki jest sens <zadośćuczynienia> wymaganego przez sakrament pokuty”21. Zadośćuczynienie spełnia więc rolę lekarstwa na grzech, przy czym to lekarstwo jest skuteczne dzięki Lekarzowi – Jezusowi Chrystusowi. Finałem tak rozumianego zadośćuczynienia może być czyściec. W nim dzięki Jezusowi Chrystusowi dokonuje się ostateczne uleczenie z choroby grzechu. Zadośćuczynienie jest więc czasowym doświadczeniem czyśćca i dlatego daje już coś z oczekiwanej rzeczywistości; jest już doświadczeniem przedmiotu nadziei.

3. Modlitwa za zmarłych 

     Według Benedykta XVI: „Miłość może dotrzeć aż na tamten świat” ( Spe salvi 48). Jedną z form docierania miłości na tamten świat jest modlitwa. Papież uzasadnia modlitwę za zmarłych antropologicznie odwołując się do faktu, że: „…żaden człowiek nie jest monadą zamkniętą w sobie samej. Istnieje głęboka komunia między naszymi istnieniami, poprzez wielorakie współzależności są ze sobą powiązane. Nikt nie żyje sam. Nikt nie grzeszy sam. Nikt nie będzie zbawiony sam. Nieustannie w moje życie wkracza życie innych: w to, co myślę, mówię, robię, działam. I na odwrót, moje życie wkracza w życie innych: w złym, jak i w dobrym. Tak więc wstawiennictwo za drugim nie jest dla niego czymś obcym, zewnętrznym, również po śmierci. W splocie istnień moje podziękowanie, moja modlitwa za niego mogą stać się niewielkim etapem jego oczyszczenia” ( Spe salvi 48). Człowiek nie jest więc samotną wyspą, co pozostaje aktualne także po jego śmierci Na to, że miłość może dotrzeć na tamten świat zwraca uwagę św. Tomasz z Akwinu, według którego: „Dobre uczynki żyjących pomagają zmarłym na podstawie łączącej ich miłości…Eucharystia zaś jest w szczególny sposób rzeczą miłości. Jest bowiem sakramentem jedności członków Kościoła, zawierającym w sobie tego, który cały Kościół łączy i umacnia – Chrystusa. Toteż eucharystia jest jakby źródłem lub więzią miłości”22. W podobny sposób uzasadnia modlitwę za zmarłych papież Jan Paweł II: „Jak w życiu ziemskim wierzący są zjednoczeni między sobą w jednym Ciele Mistycznym, tak też po śmierci ci, którzy żyją w sytuacji oczyszczenia, doświadczają tejże solidarności kościelnej, która wyraża się w modlitwie, w ofiarach i w miłości innych braci w wierze”23. Solidarności wszystkich członków Kościoła nie niszczy śmierć. Modlitwa jest jednym z wyrazów tej solidarności. Ta solidarna modlitwa za zmarłych dotyczy jakby jakościowej strony procesu oczyszczenia. Trudno bowiem mówić o ilościowej stronie procesu oczyszczenia, skoro nie da się przeliczać czasu ziemskiego na czas boski. Można zatem przyjąć opinię, że: „Celem modlitwy za umarłych nie jest więc oszczędzenie im oczyszczenia, lecz wsparcia ich w tym wydarzeniu, by w ten sposób przyczynili się do jego szczęśliwego zakończenia, a przez to do ulżenia w tym procesie”24.

     Modlitwa za tych, którzy przechodzą proces oczyszczenia po śmierci zakotwicza nadzieję już w obecnym czasie. Czyściec można uznać za finalny etap procesu pokuty, a ten proces pokuty rozpoczyna się już teraz i ma on charakter społeczny. Św. Grzegorz Cudotwórca (+ok. 270) w Wykładzie wiary opisuje klasy pokutujących. Obok klasy słuchających i klasy leżących (klęczących)  jest klasa płaczących, która „mieści się za drzwiami domu modlitwy, gdzie grzesznik stojąc ma błagać wchodzących wiernych o modlitwy za siebie” (kanon 11). Ta modlitwa była pomocą w procesie oczyszczania grzeszników przez pokutę. Współcześnie na ten społeczny charakter pokuty zwraca uwagę Lumen gentium. Według tej konstytucji II Soboru Watykańskiego: „Ci zaś, którzy przystępują do sakramentu pokuty, otrzymują od miłosierdzia Bożego przebaczenie zniewagi wyrządzonej Bogu i jednocześnie dostępują pojednania z Kościołem, któremu przez grzech zadali ranę, a który przyczynia się do ich nawrócenia miłością, przykładem i modlitwami” (11). Skoro grzech ma wymiar społeczny – rani Kościół, to również pokuta musi mieć wymiar społeczny i dlatego bierze w niej udział Kościół poprzez miłość, przykład i modlitwę. Ten udział pielgrzymujących członków Kościoła w procesie pokuty, tych jego członków, którzy grzechami zranili Kościół, jest już doświadczeniem nadziei.

Podsumowanie

     Platon włożył w usta Sokratesa słowa: „Bo nagroda piękna, a nadzieja wielka” (Fedon LXIII). Oblicza tej wielkiej nadziei, którą tylko przeczuwał Platon, ukazuje papież Benedykt XVI w Spe salvi.

     Papież zwraca uwagę na te oblicza nadziei, które są marginalizowane we współczesnej eschatologii przez hipotezę zmartwychwstania w momencie śmierci. Hipoteza ta głosząc, że w momencie śmierci umiera i równocześnie już zmartwychwstaje cały człowiek, pomniejsza znaczenie sądu, czyni zbytecznym czyściec i modlitwy za zmarłych.

     Papież dokonuje korekty nadziei zbawienia w stosunku do wielu współczesnych teologów, którzy wiążą tą nadzieję z pustym piekłem. Benedykt XVI przenosi jej akcent z pustego piekła na czyściec.

     Papież pogłębia samą definicję nadziei. Nadzieja dzięki Duchowi Świętemu daje doświadczenie tego, co jest jej przedmiotem: „nawet zakosztowali daru niebieskiego i stali się uczestnikami Ducha Świętego, zakosztowali również wspaniałości słowa Bożego i mocy przyszłego wieku (Hbr 6, 5). „Można więc określić nadzieję jako antycypację tego, co ma nadejść. To <jeszcze nie> jest w niej w jakiś sposób już obecne” 25. Jest to pogłębienie definicji nadziei, która z Sentencji Piotra Lombarda dostała się do Boskiej komedii:

     „Nadzieja jest oczekiwanie

     Chwały niechybnej, która mi z zasługi

     Własnej i z Łaski Bożej się dostanie” (Pieśń XXV).

     Nadzieja, której przedmiot – przyszłe dobro – obecny jest już w teraźniejszości, „staje się ona siłą, która człowieka popycha do wyjścia, nie dozwalając mu nigdy powiedzieć: zatrzymaj się jednak, jesteś tak wspaniały”26. W ten sposób powstaje kultura nadziei zamiast kultury wspominania. Kultura wspominania tonie w nostalgii i ostatecznie ginie w grobie pamięci. Kultura nadziei tworzy lepszą przyszłość, a jej twórcy mają szansę zdać egzamin z nadziei, który według Boskiej komedii Dantego przeprowadzi św. Jakub (Pieśń XXV).

Objawienie Pańskie

Ks. prof. dr hab. Bogdan Ferdek

Kazanie na uroczystość Objawienia Pańskiego wygłoszone w parafii św. Jana Chrzciciela w Ozimku 6 stycznia 2008.

Boże Narodzenie podzieliło ludzi na trzy grupy. Ten podział widoczny jest w dzisiejszej Ewangelii i wśród dzisiejszych ludzi. Do pierwszej grupy można zaliczyć Heroda, który chciał zabić Jezusa; do drugiej – przerażonych narodzeniem Jezusa mieszkańców Jerozolimy; a do trzeciej – uradowanych znalezieniem Jezusa Mędrców ze Wschodu.

Herod może być uznany za prekursora wszystkich zawodowych nieprzyjacół Pana Boga. 90 lat temu, ci zawodowi nieprzyjaciele Boga zaczęli tworzyć państwo bez Boga. W tym państwie walką z Bogiem kierował Związek Wojujących Bezbożników. Ta walka nasilała się w okresie świąt Bożego Narodzenia. Propagowano wtedy hasła w stylu: religia i wódka, to dwie trucizny, które otumaniają umysł i osłabiają wolę mas pracujących. Po Moskwie obwożono na ciężarówkach duże choiny, na których wisiały powieszone manekiny duchownych katolickich i prawosławnych. Wieszano jednak nie tylko manekiny duchownych. Z 400 księży katolickich 120 skazano na śmierć jako wrogów ludu. Bezwzględna walka z Bogiem nie osiągnęła jednak swojego celu, jakim miało być społeczeństwo dobrobytu, w którym masowo miano stosować zasadę: każdemu według jego potrzeb. Zamiast masowego dobrobytu osiągnięto masowy terror. Gdzie bowiem walczy się z Bogiem, tam równocześnie rośnie pogarda dla człowieka, tam – jak to napisał Włodzimierz Majakowski w wierszu Włodzimierz Iljicz Lenin: jednostka – zerem, jednostka – bzdurą.

Mieszkańcy Jerozolimy, co prawda nie chcieli zabić Jezusa jak Herod, ale na wieść o Jego narodzeniu przerazili się. Mają oni współcześnie wielu naśladowców. Ludzie, którzy uwierzyli w komunistyczną utopię, nie chcą przyznać się do pomyłki. Dawni zawodowi nieprzyjaciele Pana Boga  przekształcili się w obrońców uciskanych mniejszości. To oni propagują eklezjofobię – straszenie Kościołem. Przedstawiają Kościół jako instytucję wrogą człowiekowi, bo głoszone przez Kościół Boże przykazania mają zniewalać człowieka. Trzeba je więc zastąpić jednym nowoczesnym przykazaniem: róbta, co chceta. Owocem tego przykazania są nowe formy terroru, chociażby terror uliczny czy szkolny. Z jednej strony walczy się ze światowym terroryzmem, a z drugiej strony w krajach, które wysyłają wojska do walki z terroryzmem, rośnie uliczny i szkolny terror.

Mędrcy przypominają jak można znaleźć Boga. Do Boga prowadziła ich gwiazda. Gwiazda to element kosmosu. Ten kosmos jest śladem Boga. Głupi z natury są wszyscy ludzie, którzy nie poznali Boga; z dóbr widzialnych nie zdołali poznać Tego, który jest, patrząc na dzieła nie poznali Twórcy (Mdr 13, 1). Człowiek swoim rozumem może więc dojść do przekonania o istnieniu Boga. Rozum i wiara pochodzą z tego samego źródła, którym jest Bóg i dlatego obiektywnie nie mogą sobie przeczyć. Jednak gwiazda doprowadziła ostatecznie Mędrców do Jezusa. To Jezus jest Epifanią, czyli Objawieniem Boga. Jako Jego Syn zna Boga, a jako człowiek naszym językiem mówi nam o Nim. Nie jesteśmy więc skazani na błądzenie w poszukiwaniu Boga. Znalezienie Boga owocuje radością, bo Bóg promuje człowieka. Tą boską promocję człowieka wyraził arytmetycznie Angelus Silesius: zero przed jedynką nie znaczy nic, ale zero po jedynce znaczy dziesięć.

„Stworzenie, gdy się przed Boga stawia, nie znaczy nic: lecz z tyłu wartości przysparza”.

Człowiek postawiony przed Bogiem jest -używając określeń Majakowskiego- zerem, bzdurą. Człowiek postawiony po Bogu jest kimś: „Musi kimś być człowiek! Bóg wziął jego postać” (Angelus Silesius). Nie dajmy się więc zwieść postawą Heroda i mieszkańców Jerozolimy, lecz jak Mędrcy odnajdujmy w Jezusie Chrystusie Epifanię Boga.

Pokuta i radość

Ks. prof. dr hab. Bogdan Ferdek


Kazanie na III Niedzielę Adwentu (wygłoszone w MWSD we Wrocławiu)

Dzisiejsza niedziela kryje w sobie następującą aporię: z jednej strony jest to niedziela radości, a z drugiej strony w dzisiejszej Ewangelii będzie mowa o św. Janie Chrzcicielu, którego na zasadzie antonomazji można nazwać pokutą. A zatem adwent to czas radości, czy czas pokuty. A może trzeba by uzasadnić tezę, że adwent jest czasem radości, bo jest czasem pokuty.

Pokuta to exodus, który nieustannie musi dokonywać się w życiu chrześcijanina. Pokuta to wychodzenie z niewoli grzechu i wchodzenie w tą wolność, ku której wyswobodził Chrystus. Pokuta jako exodus oznacza nawrócenie jako stały styl chrześcijańskiego życia. Papież Benedykt XVI w kazaniu wygłoszonym w Pawii, gdzie znajduje się grób jego mistrza św. Augustyna, mówił o potrójnym nawróceniu tego wielkiego Ojca Kościoła. Pierwsze jego nawrócenie polegało na tym, że odwrócił się od tego, co wszyscy mówili i czynili i zwrócił się ku Kościołowi, w którym dostąpił komunii z Chrystusem. Drugie nawrócenie św. Augustyna polegało na rezygnacji z pisania w samotności wielkiego dzieła filozoficznego całego życia i poświęceniu się nieustannemu nauczaniu Ewangelii. Trzecie nawrócenie św. Augustyna dokonało się wtedy, gdy nauczył się pokory pozwalającej uznać, że on sam potrzebuje każdego dnia Bożego miłosierdzia, bo doskonałym jest tylko Jezus Chrystus. Pokuta, jako wychodzenie z niewoli grzechu do wolności, ku której wyswobodził Chrystus była stałym stylem życia św. Augustyna. Ma ona być również stałym stylem naszego życia. Ona ma nas stale przywracać Bogu.

Radość rodzi się z przeżycia dobra. Im większe dobro, tym większa radość. Największym Dobrem jest Bóg i dlatego bycie blisko Boga rodzi radość i to nawet w męczeństwie. Papież Benedykt XVI w Spes salvi przytacza świadectwo wietnamskiego męczennika Pawła Le-Bao-Thina (+1857): „Ja, Paweł, więzień dla imienia Chrystusa, chcę, abyście poznali utrapienia, w jakich codziennie jestem pogrążony….To więzienie prawdziwie jest obrazem wiecznego piekła…Pośrodku tych katuszy, od których zazwyczaj gną się i załamują inni, dzięki łasce Bożej jestem pełen radości i pogody, bo nie jestem sam, ale jest ze mną Chrystus….słysząc o tych rzeczach radujcie się”. Bycie blisko Boga nawet w męczeństwie rodzi radość. Przeżycie najwyższego Dobra, rodzi największą radość.

Skoro pokuta przywraca człowieka najwyższemu Dobru, czyli Bogu, to jej owocem musi być radość. Adwent będąc czasem pokuty, musi być zatem czasem radości. Jest on czasem radości, bo jest czasem pokuty, która przywraca człowieka Bogu – najwyższemu Dobru. Niedziela radości chce być jakby testem dla naszej adwentowej pokuty. Jeśli nasza pokuta przywraca nas Bogu, to powinniśmy doświadczać radości. F. Nietsche mawiał, że chrześcijanie wyglądają za mało na odkupionych ludzi. Gdyby F. Nietsche stanął wśród kleryków nie byle jakiego, bo Metropolitalnego Seminarium, czy utwierdziłby się w tym przekonaniu? Może tak, gdyby zauważył, że tutaj niemal wszystko traktowane jest jako ciężar, od którego jak najszybciej należy się uwolnić. A może musiałby zmienić swój pogląd, bo wśród tego, co z zewnątrz może wyglądać na ciężar, spotkałby radość, radość rodzącą się z doświadczenia najwyższego Dobra Boga. Życie seminaryjne wypełnia mówienie do Boga i mówienie o Bogu; słuchanie Boga i słuchanie o Bogu, a to powinno rodzić radość z doświadczenia Najwyższego Dobra.

III Niedziela Adwentu przypomina o związku pokuty z radością i dlatego radosne święta Bożego Narodzenia, to święta przygotowane przez pokutę.