Kazanie wygłoszone do Księży Diecezji Zielonogórsko-Gorzowskiej Paradyskie Dni Duszpasterskie 28-29 sierpień 2013

 

 

Bóg wszystko czyni przez Chrystusa. Przez Niego dokonał dzieła pierwszego stworzenia, odnowy tego stworzenia i zainaugurował już dzieło nowego stworzenia. Skoro Bóg czyni wszystko przez Chrystusa, to można mówić o chrystocentryzmie obiektywnym. Konsekwencją chrystocentryzmu obiektywnego powinien być chrystocentryzm formalny i subiektywny. Chrystocentryzm formalny dotyczy teologii, która wszystkie swoje problemy powinna koncentrować wokół Jezusa Chrystusa. Z kolei chrystocentryzm subiektywny dotyczy chrześcijańskiego życia. Powinno być ono skoncentrowane wokół Jezusa Chrystusa. Jak powinien wyglądać subiektywny chrystocentryzm kapłańskiego życia?

Postawmy tezę: formułą kapłańskiego życia powinna być formuła doksologii: Przez Chrystusa z Chrystusem i w Chrystusie….

 

1. Życie kapłana jest życiem przez Chrystusa.

 

„Cóż masz, czego byś nie otrzymał” (1 Kor 4,7). Wszystko otrzymaliśmy od Chrystusa w tym dar sakramentu święceń. Przez Chrystusa jesteśmy kapłanami. Przez Chrystusa działamy jako kapłani. Ukazuje to Benedykt XVI, gdy uzasadnia sakramentalność święceń. Wyprowadza ją z dwóch tekstów Janowej Ewangelii.

1. 1. „A za nich Ja poświęcam w ofierze samego siebie, aby i oni byli uświęceni w prawdzie (J 17, 17.19). Uświęcenie uczniów dokonuje się przez poświęcenie Jezusa, które oznacza Jego ofiarę złożoną na krzyżu. Ta ofiara czyni Jezusa jedynym, prawdziwym i wiecznym kapłanem. Mocą tej ofiary są uświęceni uczniowie, a zatem będąc uświęconymi ofiarą są poświęceni Jego kapłaństwem, czyli wyświęceni, a więc mający udział w Jego jedynym, prawdziwym i wiecznym kapłaństwie.

1.2.

Benedykt XVI wyprowadza również sakramentalność święceń z owego „nic”, które uczniowie dzielą z Jezusem:

„Syn nie może niczego czynić sam z siebie” (J 5, 19.30);

„Beze Mnie nic nie możecie uczynić

Tak jak Jezus wszystko czyni przez Ojca, tak kapłan przez Jezusa. Bez Niego nie mógłby powiedzieć: „Odpuszczam ci twoje grzechy”; To jest ciało moje”; „Przyjmij Ducha Świętego” „Ja ciebie chrzczę”. Nic z tego, co stanowi istotę kapłańskiej posługi nie jest wytworem kapłana. Kapłan daje to, czego sam dać nie może; czyni coś, co nie zależy od niego, jest przekazicielem tego, co przekazał mu Ktoś Inny. Dlatego nie może sam ogłosić się kapłanem, ani też wspólnota nie może mianować kogoś kapłanem. Kapłan czyni wszystko przez Jezusa; wszystko od Niego otrzymał i to właśnie świadczy o sakramentalności kapłaństwa. Kapłaństwo to nie powierzenie urzędu jakiemuś sprawnemu funkcjonariuszowi, ale to łaska uzdalniająca do działania przez Chrystusa, przez Jego moc.

O tym, że bycie kapłanem dokonuje się przez Jezusa należy pamiętać w kontekście przypomnianej przez II Sobór Watykański prawdy o kapłaństwie wszystkich wiernych. Przypomnienie tej prawdy doprowadziło w niektórych kręgach do zacierania różnicy pomiędzy kapłanami a świeckimi. Skrajnym przykładem może być głośny swego czasu ruch Wir sind Kirche. W niektórych wspólnotach widać próby ograniczenia roli kapłana i wyeksponowania roli tak zwanych „leaderów”. Próbuje się więc sprowadzić kapłaństwo do urzędu, tak jak to jest we wspólnotach protestanckich. We wspólnotach protestanckich powszechne kapłaństwo wiernych jest podstawą ordynacji, czyli upoważnienia dawanego przez wspólnotę wiernych do objęcia urzędu kościelnego. Ponieważ w kapłaństwie Chrystusa mają udział zarówno mężczyźni jak i kobiety, dlatego, jeśli są odpowiednio przygotowani, wspólnota może powierzyć im urząd, ale też może pozbawić ich tego urzędu. Tymczasem kapłan działa przez moc Chrystusa a nie przez moc wspólnoty. Kapłaństwo święceń ma służyć kapłaństwu wszystkich wiernych. Ma przyczyniać się do rozwoju łaski chrztu wszystkich chrześcijan. Poprzez nie Chrystus nieustannie buduje i prowadzi swój Kościół. Dlatego jest ono przekazywane przez osobny sakrament a nie przez upoważnienie wspólnoty wiernych.

 

2. Życie kapłana jest życiem z Chrystusem

 

Gdy Apostołowi Pawłowi daje się we znaki wysłannik szatana Pan go zapewnił: „Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali” (2 Kor 12, 7). Dzięki tej łasce Paweł wypełnia zadanie głoszenia Ewangelii, o czym zaświadcza w słowach: „Lecz za łaską Boga jestem tym, czym jestem, a dana mi łaska Jego nie okazała się daremna; przeciwnie, pracowałem więcej od nich wszystkich, nie ja, co prawda, lecz łaska Boża ze mną” (1 Kor 15, 10). Chrystus jest z kapłanem, tak jak był z Apostołem Pawłem. Działanie kapłana wspomaga Jego łaska. KKK (2004) naucza, że „Wśród łask szczególnych należy wymienić łaski stanu, które towarzyszą wykonywaniu odpowiedzialnych zadań życia chrześcijańskiego i posług wewnątrz Kościoła”. Łaska stanu towarzyszy wykonywaniu kapłańskiej posługi. Ona wspiera kapłana w obliczu zewnętrznych i wewnętrznych trudności.

Gdy chodzi o te zewnętrzne trudności to trzeba wspomnieć o kulturze laickiej, która ma jednak quasi religijny charakter. To, co przysługuje Bogu, przypisuje ona człowiekowi. To nie Bóg, ale człowiek ma decydować o tym, co dobre a co złe, a w zasadzie co użyteczne i nieużyteczne. To nie Bóg, ale człowiek ma sam siebie zbawić w jakimś ziemskim raju pełnym przyjemności. Ze względu na swój quasi-religijny charakter ta laicka kultura jest wroga chrześcijaństwu. Przypuszcza na chrześcijan bardziej przebiegłe i przewrotne ataki niż dawniej komunizm. Kapłan żyjący w laickiej kulturze jest owcą między wilkami lub śmieciem świata.

Bardziej dokuczliwe mogą być jednak trudności, które generuje wewnętrzne życie Kościoła. Kościół jest święty, ale składa się z grzeszników. Nikt w Kościele pielgrzymującym nie jest bez grzechu. Pius XII w Mystici corporis miał odwagę pisać o skłonności do złego „wyższych członków” mistycznego Ciała. Benedykt XVI odwołał dyscyplinarnie 80 biskupów. Pius XII komentując trudności wewnętrzne Kościoła będące wynikiem grzechu także hierarchów stwierdza, że Chrystus nie chciał wykluczyć ze swego Ciała grzeszników i przez wewnętrzne trudności wzmacnia drogą prób cnotę owieczek i pasterzy.

W obliczu trudności kapłan może liczyć na łaskę stanu. Jan Paweł II w Novo millennio ineunte przypomniał o zasadzie pierwszeństwa łaski. „Istnieje pewna pokusa, która od zawsze zagraża życiu duchowemu każdego człowieka, a także działalności duszpasterskiej: jest nią przekonanie, że rezultaty zależą od naszej zdolności działania i planowania. To prawda, że Pan Bóg oczekuje od nas konkretnej współpracy z Jego łaską, a zatem wzywa nas, byśmy w służbie Jego Królestwu wykorzystywali wszystkie zasoby naszej inteligencji i zdolności działania. Biada jednak, gdybyśmy zapomnieli, że bez Chrystusa «nic nie możemy uczynić» (por. J 15, 5)”. Należy zatem odrzucić pelagianizm, czyli pogląd, że można obejść się bez łaski, że działalność duszpasterska zależy tylko od zdolności działania i planowania kapłana. Nie można jednak wpaść w drugą skrajność, że wszystko zrobi łaska. Trzeba pamiętać o wypowiedzi św. Augustyna, biskupa Hippony: „Pracuj tak, jakby wszystko zależało od ciebie, ale ufaj tak, jakby wszystko zależało od Boga”. Ponieważ łaskę wyprasza się na modlitwie, dlatego inspirująca powinna być odpowiedź, jakiej udzieliła św. Joanna d’Arc na podchwytliwe pytanie sędziów kościelnych: „Zapytana, czy sądzi, że jest w stanie łaski Bożej, odpowiada: <<Jeśli nie jestem, oby Bóg zechciał mnie do niego wprowadzić; jeśli jestem, oby Bóg zechciał mnie w nim zachować>>”.

 

3. Życie kapłana jest życiem w Chrystusie

 

Apostoł Paweł wyznaje: „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia.” /Flp 4,13/. Wyznanie Apostoła było doświadczeniem świętych, także 14 Wspomożycieli, których ołtarz znajduje się w Grodowcu. Większość z nich żyła na przełomie III i IV wieku za panowania cesarza Dioklecjana. Miały wtedy miejsce najdłuższe i najkrwawsze w historii Cesarstwa rzymskiego prześladowania chrześcijan. Święci Wspomożyciele to: Krzysztof, Katarzyna z Aleksandrii, Barbara, Jerzy, Błażej, Cyriak, Małgorzata z Antiochii Pizydyjskiej, Dionizy, Eustachy i Erazm. Ich życie można podsumować słowami prefacji o męczennikach:”Ty sprawiasz, że moc w słabości się doskonali * i umacniasz słabych ludzi do złożenia świadectwa wierze, *przez naszego Pana Jezusa Chrystusa”. Żyli Chrystusem, w którego wierzyli i potrafili mówić o Chrystusie w którym żyli. Weźmy pod uwagę Katarzynę z Aleksandrii. Cesarz Maksencjusz zawołał pięćdziesięciu najsławniejszych filozofów i nakazał im wyszydzić religię chrześcijańską i podważyć jej podstawy. Jednak Katarzyna, którą wspierał Duch Święty, bez trudu zbiła wszystkie argumenty filozofów wysuwane przeciwko religii chrześcijańskiej i zganiła oddawanie czci pogańskim bóstwom. Wielu z jej przeciwników w dyspucie uznało niepodważalność jej argumentacji i zostało wyznawcami Boga w Trójcy Jedynego. Zwycięstwo Katarzyny rozwścieczyło cesarza. Rozkazał ją biczować i morzyć głodem. Katarzyna zanim zaświadczyła o Chrystusie męczeństwem świadczyła o Nim słowami. Żyjąc w Chrystusie potrafiła niejako z doświadczenia mówić o Chrystusie. Katarzyna jest jednym z wielu starożytnych apologetów, do których zalicza się również Justyn i Tertulian. W okresie międzywojennym takim apologetą był Gilbert Keith Chesterton, którego papież Pius XI nazwał „Obrońcą wiary katolickiej”. Wielką wagę przywiązywał do katechizmu. Ktoś nawet ujął to dosadnie, że do wszystkiego dodaje katechizm jak keczup. We Wskazaniach KNW na Rok Wiary jest mowa o przygotowaniu popularyzatorskich materiałów o charakterze apologetycznym. Dzisiaj również potrzebni są apologeci. Kto żyje w Chrystusie, potrafi o Nim przekonująco mówić. Jeśli nie swoimi słowami, to przynajmniej dodając do wszystkiego katechizm jak keczup.

 

Chrystocentryzm subiektywny streszcza zasada: formuła doksologii formułą życia. Personifikacją tej zasady jest Matka Pana Jej życie było przez Chrystusa z Chrystusem i w Chrystusie. Pius XII uzasadnia dogmat o Wniebowzięciu ścisłym związkiem Maryi z Jezusem. „Wszystkie powyższe dowody i rozważania Ojców Kościoła i teologów, opierają się jako na ostatecznym fundamencie, na Piśmie świętym. Ono stawia nam niejako przed oczy Matkę Bożą najściślej złączoną z Boskim Synem, dzielącą zawsze Jego Losy. Dlatego wydaje się rzeczą wprost niemożliwą, widzieć oddzieloną od Niego po ziemskim życiu, jeśli nie duchem to przecież ciałem”. Wniebowzięcie można by oddać słowami doksologii: ponieważ najdoskonalej z ludzi była z Chrystusem, przez Chrystusa i w Chrystusie z duszą i ciałem w życiu przed śmiercią, dlatego po zakończeniu biegu ziemskiego życia Jej dusza i ciało jest przez Chrystusa, w Chrystusie i z Chrystusem. Od Niej każdy i zawsze może się uczyć chrystocentryzmu subiektywnego, którym jest życie przez Chrystusa z Chrystusem i w Chrystusie. Jest to życie będące komunią z Chrystusem, nie tylko tą eucharystyczną przy ołtarzu, ale i poza ołtarzem poprzez budowanie relacji z Chrystusem określonych słowami doksologii: „przez” „z” i „w”.

Prymicje ks. Daniela Prentkiego w Dąbrowicy 27 maja 2012


Dąbrowica usytuowana jest u podnóża Kozieńca, tu w średniowieczu na skalistym szczycie wybudowano zamek myśliwski w 1189 roku przez księcia Bolesława Wysokiego. Zamek zniszczono w 1428 roku w okresie wojen husyckich i od tego czasu pozostał w ruinie. Pierwsze potwierdzenia o istnieniu wsi pochodzą z 1680 roku, kiedy to właścicielem był Gottfryd von Tielsch. Później wieś przechodzi z rąk do rąk. Kolejnymi właścicielami byli: Johann Georg Seydlitz, Georg Mentzel, hrabia Johann Franz von Kotwath, hrabina Klara von Frankerberg, Dawid von Busch. Wtedy to sporządzono spis ludności w Dąbrowicy: w 1765 roku żylo 19 ludzi wolnych, 17 chałupników, a w roku 1785 było już 208 mieszkańców. Oprócz folwarku była jeszcze szkoła z jednym nauczycielem.
W 1837 roku w Dąbrowicy uruchomiona została pierwsza w Kotlinie Jeleniogórskiej a druga na Śląsku maszyna papiernicza, której właścicielem był kupiec jeleniogórski Johann Edward Kiessling. Następnie Dąbrowica przechodzi w ręce Rudolpha Ludwiga von Deckera – berlińskiego nadwornego drukarza. Posiadłość szlachecka była własnością rodziny Deckerów do 1926 roku, następnie przeszła we władanie Elizy Mitscher z domu Decker.
Hodowano wtedy bydło rogate, świnie i drób. W 1947 roku w Dąbrowicy było 614 mieszkańców, z czego 578 Polaków, 49 Niemców.
Kościół MB Częstochowskiej zbudowany został w latach 1890 – 1900 i jest najmłodszym kościołem w Gminie Mysłakowice. Powstał jako kościół ewangelicki, którego fundatorem była rodzina von Deckerów. Po II wojnie światowej nieużytkowany, został okradziony i zdewastowany ( jako świątynia ewangelicka ). Dopiero od 1962 roku rozpoczęto gruntowny remont i przebudowę. Jest to kamienna budowla neogotycka, 3 nawowa, założona na rzucie krzyża. Nad nawami oryginalne, deskowe sklepienie o wykroju trójliścia. Wieża kwadratowa zwieńczona hełmem iglicowym.
Na wieży wisi dzwon z 1921 roku. Obok kościoła stoją dwie budowle jedna to dawna kostnica a druga kaplica grobowa z około 1900 roku. Niżej znajduje się stary i nowy cmentarz z około XIX wieku.
Obecny pałac pochodzi z około polowy XIX wieku. Była to 3 kondygnacyjna budowla z wysoką kwadratową wieżą. Całość nosi cechy architektury neogotyckiej i eklektycznej. Od strony południowej na wysokości I piętra był duży taras. Za pałacem ciągną się rozległe murowane zabudowania gospodarcze stodoły i stajnie oraz oficyny mieszkalne. Przed pałacem pozostałości parku krajobrazowego o powierzchni 3,4 ha, założonego pod koniec XIX wieku.

 

KAZANIE PRYMICYJNE

Człowiek niemal na każdym kroku musi interpretować różne znaki, chociażby znaki drogowe. W dzisiejszą uroczystość Zesłania Ducha Świętego spróbujmy zinterpretować dwa znaki wskazujące na Ducha Świętego. Tymi znakami są włożenie rąk i olej krzyżma. Na te dwa znaki Ducha Świętego wskazują Dzieje Apostolskie. Apostoł Piotr wraz z Apostołem Janem wkładali ręce na jedynie ochrzczonych mieszkańców Samarii, którzy przez ten gest otrzymywali Ducha Świętego (Dz 8:17). W kazaniu wygłoszonym w domu setnika Korneliusza Apostoł Piotr powiedział, że Bóg namaścił Jezusa Duchem Świętym (Dz 10:38). Obydwa znaki Ducha Świętego: włożenie rąk i namaszczenie olejem, pojawiają się w liturgii święceń prezbiteratu. Na prezbitera  nakładane są ręce biskupa, a ręce samego prezbitera są namaszczane olejem krzyżma. Duch Święty poprzez włożenie rąk biskupa i  namaszczenie rąk prezbitera jakby aktywizuje ręce prezbitera czyniąc je przedłużeniem rąk samego Boga.
W Biblii u proroka Ezechiela (2, 9) i w Psalmie 104, 28 odnajdujemy metaforę rąk Boga. Prorok  Ezechiel widzi rękę trzymającą księgę, a następnie otrzymuje polecenie, aby zjeść tą księgę. W czasie święceń diakonatu biskup podaje diakonowi księgę Ewangelii i zachęca do czytania, nauczania i życia Ewangelią. Również zadaniem prezbitera jest branie do rąk księgi Ewangelii i podawanie jej ludowi jako pokarm. Jest to zadanie szczególnie aktualne w czasach, gdy szerzy się analfabetyzm religijny. Kto nie zna prawd swojej wiary, ten nie będzie w nie wierzył. Nie można bowiem wierzyć w coś, czego się nie zna. Prawdy naszej chrześcijańskiej wiary są wyłożony chociażby w młodzieżowym katechizmie YOUCAT. We wstępie do tego katechizmu Benedykt XVI napisał: „Musicie wiedzieć, w co wierzycie. Musicie pojmować Waszą wiarę tak precyzyjnie jak informatyk zna system operacyjny komputera”.
W Psalmie 104 czytamy, że gdy Bóg otwiera swoje ręce, stworzenia sycą się dobrami.
W czasie święceń prezbiteratu biskup podaje prezbiterowi patenę z chlebem i kielich z winem. Odtąd prezbiter będzie wyciągał ręce nad chlebem i winem prosząc Boga, aby przez Ducha Świętego uczynił je Ciałem i Krwią swojego Syna. Następnie tymi boskimi dobrami będzie sycił lud Boga podając mu rękami Ciało i Krew Jego Syna. A lud Boży w czasie Wieczerzy Pańskiej powinien się sycić tymi dobrami z Bożych rąk. W młodzieżowym katechizmie YOUCAT możemy przeczytać, że „<obowiązek uczestnictwa w niedzielnej Mszy Świętej> to nieodpowiednie określenie dla prawdziwego chrześcijanina. To tak jakby istniał <obowiązek całowania się dla zakochanych>. Nikt nie może mieć żywej relacji z Chrystusem, gdy nie pragnie iść tam, gdzie Jezus nas oczekuje. Stąd od wieków Msza Święta jest dla chrześcijan <sercem niedzieli> i najważniejszym spotkaniem tygodnia”.
Ręce Boże, których przedłużeniem są ręce kapłana, zawsze próbowano się krępować. Apostoł Paweł pisał do swojego ucznia Tymoteusza, że dla Ewangelii znosi niedolę aż do więzów jak złoczyńca; ale słowo Boże nie uległo skrępowaniu (2 Tm 2, 9). Ręce głosicieli Ewangelii próbował krępować komunistyczny totalitaryzm a dzisiaj ideologia laicyzmu.  Wszystkie totalitaryzmy w wojnie ze słowem Bożym posługują się kłamstwem i oszczerstwem  stosując dewizę Woltera.  Voltaire (1694-1778), pisarz epoki oświecenia, w jednym ze swoich 23 tysięcy listów napisał: „Trzeba kłamać jak diabeł, nie lękliwie, nie tylko od czasu do czasu, lecz bezczelnie i bez ustanku”. Chciałoby się powiedzieć, że to „pół biedy”, jeżeli różni „zawodowi nieprzyjaciele Pana Boga” próbują krępować słowo Boże. „Cała bieda” jest wtedy, gdy próbują to czynić ci, którzy uznają się za chrześcijan. Apostoł Paweł pisał o ludziach bezmyślnych i o spaczonym umyśle (2 Tym 3, 8-9). Nie brakuje dzisiaj ludzi, którym bezmyślność wypacza umysł i zamyka go na słowo Boga. Takich ludzi nie brakowało już w dniu Zesłania Ducha Świętego. Widząc cud Pięćdziesiątnicy drwili z Apostołów mówiąc: „Upili się młodym winem” (Dz 2:13). Dlatego Apostoł Piotr rozpoczął kazanie od apologii: „Ci ludzie nie są pijani, jak przypuszczacie” (Dz 2:14). Takich ludzi bezmyślnych i o spaczonym umyśle nie brakuje i dzisiaj. Miłe słowa, które słyszy dzisiaj nasz Prymicjant, będą „zrekompensowane” przez drwiny ludzi bezmyślnych i o spaczonym umyśle. Dlatego niech na tej drodze, którą dzisiaj rozpoczyna prymicjami, towarzyszy mu nasza modlitwa. Ta modlitwa modlitwa niech będzie wyrazem naszych życzeń i ich przedłużeniem.
Prośmy zatem Boga, aby jego ręce były zawsze przedłużeniem Bożych rąk, tak jak ręce św. Ludwika Marii Grignion de Montfort (1673-1716). W swojej pracy magisterskiej Nasz prymicjant porównał mariologię tego Świętego z mariologią Jana Pawła II. Karol Wojtyła, późniejszy papież Jan Paweł II, zaczerpnął z dzieła św. Ludwika hasło „Totus Tuus” jako swą dewizę biskupią i później papieską. Niech nasz Prymicjant będzie cały dla Bożych rąk.  Przez jego ręce niech Boże ręce coraz bardziej łączą nas z Jezusem Chrystusem. Słowo „Chrystus” jest greckim tłumaczeniem hebrajskiego słowa „Mesjasz”, które znaczy „Namaszczony”. Od słowa „Chrystus” pochodzi słowo „chrześcijanin” (por. Dz 11, 20-21) W naszym imieniu „chrześcijan” jest więc obecna tajemnica oleju. Być chrześcijanami znaczy należeć do namaszczonego Duchem Świętym Chrystusa.
Prośmy też Boga, aby nasz Prymicjant będąc cały dla Bożych rąk był również sam w Bożych rękach. Aby Boże ręce dawały mu to, co starożytni wiązali z olejem: siłę  zdrowie i radość. Nasze życzenia zamieńmy na modlitwę z obrzędu święceń prezbiteratu: „Niech Bóg, który rozpoczął w tobie dobre dzieło, sam go dokona”.

Luterańska Msza w dniu urodzin Jana Sebastiana Bacha

Msza ewangelicka w kościele św. Krzysztofa


W dniu urodzin Jana Sebastiana Bacha, 21 marca, który jest też pierwszym dniem wiosny, odbyło się w kościele św. Krzysztofa niecodzienne nabożeństwo liturgiczne. Młodzi wrocławscy muzycy Akademii Muzycznej im. Karola Lipińskiego oraz Studenckie Koło Artystyczno-Naukowe Muzyki Kościelnej i Organowej liturgią z czasów Bacha postanowili uczcić urodziny kantora z Lipska. W przedsięwzięcie odtworzenia liturgii Mszy Luterańskiej zaangażowany był również Chór Filharmonii Wrocławskiej pod dyrekcją artystyczną pani Agnieszki Franków-Żelazny, Studencka Orkiestra Barokowa AMKL kierowana przez pana Jarosława Thiela – oba zespoły pod batutą pani Marty Kierskiej-Witczak – oraz Capella Ecumenica prowadzona przez pana Adama Rajczybę. Na organach grał pan Tomasz Głuchowski, organista kościoła św. Wojciecha. Słowo wstępne wprowadzające w liturgię wygłosił kantor kościoła Opatrzności Bożej pan Dawid Ślusarczyk, rolę lektora pełnił pan Szymon Rudzki zaś precentorem był pan Tomasz Kmita, kantor kościoła św. Krzysztofa.
Luterańską Mszę w św. Krzysztofie rozpoczęła Spowiedź, po której zbór zaśpiewał pieśń „Baranek niesie brzemię win”(ŚE 112). W jej trakcie celebrans, ks. Andrzej Fober, ubrany w ornat oraz białą albę ze skrzyżowaną na piersiach stułą przepasaną cingulum, podszedł do stopni ołtarza aby odmówić modlitwę słowami Psalmu 42 z antyfoną „Introibo ad altare Dei”. Po Introicie, Kyrie oraz „Baranku Boży niewinny” nastąpiło pozdrowienie i kolekta po łacinie. Następnie lektor odśpiewał Epistołę stojąc po prawej stronie ołtarza. Po pieśni „O głowo coś zraniona”(ŚE 142) lektor odśpiewał Ewangelię z lewej strony ołtarza. Odpowiedzią zboru było wyznanie wiary słowami pieśni „Wierzymy, że jedyny Bóg”(ŚE 357). Tak jak za czasów Bacha, podczas śpiewania przez zbór Credo, celebrans stojąc przy ołtarzu sam złożył Wyznanie Nicejsko-Konstantynopolitańskie.
Następnym punktem nabożeństwa była kantata „Himmelskönig, sei willkommen” BWV 182 w pięknym wykonaniu muzyków i solistów. Po kazaniu przewodniczącego rozpoczęła się liturgia komunijna śpiewana i zmawiana po łacinie z wyjątkiem Słów Ustanowienia i Modlitwy Pańskiej.
Modlitwy przed dystrybucją oraz kolekta końcowa i błogosławieństwo wypowiedziane zostały po łacinie. Uczestnicy Mszy Luterańskiej mogli zabrać z sobą do domu nie tylko przeżyte chwile, lecz także pieczołowicie i precyzyjnie przygotowany porządek nabożeństwa wydany w formie zeszytu, gdzie znajdował y się też słowa ostatniej pieśni „Tysiąckrotnie pozdrowiony”(ŚE 165); całość autorstwa pana Tomasza Kmity, kantora kościoła św. Krzysztofa.
Wypełniony kościół św. Krzysztofa był świadkiem kolejnego ważnego wydarzenia w swojej bogatej historii. Z pewnością liturgia staroluterańska została odprawiona w tym miejscu po raz pierwszy po II Wojnie Światowej i jej przeżywanie dało możliwość spostrzeżenia, jak blisko stali w liturgii rzymscy katolicy i luteranie jeszcze 200 lat temu.

Podsumowaniem zebranych refleksji niech będzie myśl Thomasa Mertona z jego Księgi Godzin:

„Naucz się medytować na papierze: Rysowanie i pisanie są formami medytacji.
Naucz się, jak kontemplować dzieła sztuki.
Naucz się modlić na ulicach i na wsi.
Dowiedz się, jak medytować nie tylko wtedy, gdy trzymasz książkę w ręku,
lecz także. gdy czekasz na autobus albo jedziesz pociągiem.
Nade wszystko wejdź w liturgię i uczyń cykl liturgiczny częścią swego życia –
pozwól jego rytmowi znaleźć drogę do twojego ciała i duszy.”

Andrzej Fober

 

Kazanie w czasie luterańskiej Mszy Św. w dniu 21 Marca 2012 r. Wrocław Kościół Św. Krzysztofa

 

Drodzy Bracia i Siostry w Chrystusie!

Piotr Chryzolog – ojciec i doktor Kościoła, budowniczy kościołów, duszpasterz, wybitny kaznodzieja, biskup i święty Kościoła rzymskokatolickiego, którego służba przypadła na pierwszą połowę V w. powiedział: „na kazanie mały kwadrans mi wystarczy”. Jego sentencja stoi w ewidentnej sprzeczności z tradycją czasów Jana Sebastian Bacha, kiedy kazanie musiało trwać conajmniej godzinę. Dlatego już na wstępie obiecuję Państwu, że w żaden sposób nie jestem w stanie zadość uczynić wskazaniom Piotra z Imoli, ale też nie będę usilnie zabiegał o to, aby długością kazania dostosować się do zwyczajów epoki baroku w jego późnej fazie. Kaznodzieja, teolog owładnięty pasją głoszenia Słowa Bożego musi jednak zawsze uważać, aby jego pasja nie była przesadą i potrafić- nie tylko w tej kwestii- znaleźć złoty środek, przy pomocy umiaru, skromności i zdrowego rozsądku.
Znajduję przynajmniej trzy dominanty, żeby użyć języka muzyków, które chciałaby wyznaczyć treść dzisiejszego kazania. Są nimi: miejsce – Kościół św. Krzysztofa, czas – pierwszy dzień wiosny i dzień urodzin Jana Sebastian Bacha oraz liturgia, w tej formie odprawiana tutaj z pewnością po raz pierwszy od czasów zakończenia II Wojny Światowej w Europie.
Całość tego rozważania powinna znaleźć jakieś przynamniej krótkie odniesienie do Ewangelii mówiącej o wjeździe Jezusa do Jerozolimy.
Kościół to zawsze szczególne miejsce. Mówimy „nasz” kościół, ale on nigdy nie jest nasz w sensie prawa własności. Ten kościół jest oczywiście własnością parafii, ale to jeszcze nie decyduje o tym, czy kościół ów jest rzeczywiście nasz. On jest wtedy nasz, kiedy do niego chodzimy i mamy w nim miejsce, które zwykle zajmujemy podczas nabożeństwa. Podróżując przez Dolny Śląsk, jeszcze dziś napotkamy opuszczone lub zrujnowane wojną kościoły, których własność zapisana jest w starej Księdze Wieczystej, ale nie ma w nich żadnego życia i nie odbywa się żaden kult, bo nie ma zboru, nie ma ludzi przychodzących na modlitwę. Nie własność w sensie prawnym rozstrzyga więc o życiu danego budynku kościelnego i parafii, lecz ludzie, określani zwykle jako wierni, którzy przychodzą i swoim życiem wypełniają życie parafii.
Przynajmniej od 1267 roku na tym miejscu oddawana jest cześć Bogu Najwyższemu w Świętej i Niepodzielnej Trójcy. Najnowsze jednak badania eksponowane w Muzeum Miasta Wrocław cofają tę datę jeszcze o około 80 lat, co by oznaczało, że już około roku 1170 na tym miejscu stała kaplica pogrzebowa pod wezwaniem Marii Egipcjanki. Kaplica ta stała tuż za murami miasta. Z niej na ostatnią drogę na tej ziemi odprowadzano zmarłych mieszkających po za granicami miasta, czyli mieszkających wcześniej jakby na granicy, na styku dwóch światów: miasta i tego, co już miastem nie było, albo miastem jeszcze nie było.
To kapitalne zestawienia dla dalszej teologicznej refleksji. Kaplica pogrzebowa, czyli miejsce szczególnego spotkania dwóch rzeczywistości: doczesności i wieczności, umiejscowiona była na granicy miasta, chcąc jakby przez to jeszcze bardziej podkreślić fakt, że chrześcijanin za dni ziemskiego życia, żyjąc wiarą, żyje w podwójnej rzeczywistości: jedną z nich jest świat postrzegany zmysłami, drugą zaś jest to, w co wierzy i czego oczekuje z nadzieją. Zmarły też podlega dwóm światom: jest jeszcze tu, wśród nas, ale jest już też w innym świecie.
W relacji spotkania Jezusa z uczniami nad Morzem Tyberiadzkim ewangelista św. Jan zanotował, chyba intuicyjnie, kapitalną wiadomość. W czwartym wierszu 21 rozdziału czytamy: „A kiedy już było rano, stanął Jezus na brzegu; ale uczniowie nie wiedzieli, że to był Jezus”. Jezus spotyka się z uczniami na granicy dwóch światów, dając im jednoznaczną wskazówkę dotyczącą ich życia. Ich wiara będzie odtąd zawsze rozciągnięta pomiędzy „już” a „jeszcze nie”, będzie ucieleśnieniem, hipostazą tego, w co wierzą i czego się spodziewają. Ich życie będzie stale ocierało się o dwa światy stawiając ich często w sytuacjach granicznych. Spotkanie dwóch światów – boskiego i ludzkiego – zawsze ma też znaczenie eschatologiczne.
Taką historię i energię ma ten kościół poprzez swoją długą historię. Stojąc na granicy i zwiastując istnienie ludzkiej i boskiej rzeczywistości w tym świecie, poprzez odprawiany tutaj kult, praktycznie zawsze był kościołem dla mniejszości lub mniejszościowych środowisk: był kaplicą pogrzebową, od około 1410 kościołem cechu kuśnierzy, w czasach od Reformacji do połowy XIX był miejscem nabożeństw dla Polaków – ewangelików, którzy, głównie będąc kupcami, po załatwieniu swoich interesów mogli tutaj spotykać się na nabożeństwach. W drugiej połowie XIX wieku, aż do zakończenia II Wojny Światowej, św Krzysztof był również: Kościołem garnizonowym, uniwersyteckim, raz w miesiącu odbywały się tutaj, nabożeństwa dla głuchoniemych gdyż był jednym kościołem Wrocławia wyposażonym w aparaturę odsłuchową dla głuchoniemych.
Po wojnie spłonął wraz z całym wyposażeniem. Ocalał tylko stojący we wnęce na zewnętrznej ścianie św. Krzysztof- drewniana figura z XIV wieku, osłonięta cudownie ręką Boga, jak Mojżesz stojący w rozpadlinie skalnej, kiedy chwała Pana przechodziła przed nim.
W roku 1958 Św. Krzysztof staje się tymczasowym miejscem nabożeństw dla ewangelickiej mniejszości niemieckiej, która po wydarzeniach po roku 1945 znalazła się w granicach Państwa Polskiego. Mniejszość w mniejszości. Ewangelicy i jeszcze do tego Niemcy, których resztki niechętnie tolerowano w tamtych czasach na tutejszych ziemiach.
I cóż robią ci Niemcy, kiedy ucichły strzały i miasto próbowało powoli podnieść się do życia. Otóż szukają miejsca, gdzie można odprawić jakiekolwiek nabożeństwo. O organach, kantorze, księdzu nie było nawet mowy. Znajdują ocalałą po bombardowaniach salę konfirmacyjną w Kościele Marii Magdaleny i ze Śląskim ewangelickim śpiewnikiem w ręku, którego egzemplarze leżą na stoliku pod ścianą, zaczynają się modlić i śpiewać, bo wtedy, w tamtych czasach, tylko to im pozostało.
W ten sposób do naszych czasów przetrwała w tym mieście i w tym kościele liturgia kościoła unijnego na Śląsku w pełnym wymiarze. Jesteśmy jedynym miejscem na świecie, gdzie do dziś, regularnie ta liturgia jest sprawowana w oryginalnym języku, z użyciem oryginalnego śpiewnika, zatwierdzonego do użytku w roku 1908 przez Synod dla Prowincji Śląskiej i wydanego przez Królewski Konsystorz we Wrocławiu.
Dlatego bez wahania wyraziłem nie tylko gotowość, ale i radość z możliwości odprawienia dziś tego nabożeństwa w liturgii z czasów Bacha. Bo przecież unijna liturgia nie wzięła się z powietrza, tylko jej korzenie tkwią w liturgii zreformowanej przez Marcina Lutra, który jak samo słowo „reforma” wskazuje, nie stworzył nowej liturgii, lecz zmienił liturgię swoich czasów i dziś, w ocenie wielu rzymskokatolickich teologów, trzeba powiedzieć, obszedł się z rytem rzymskim o wiele łagodniej niż II Sobór Watykański.
Przeżywana dziś wspólnie w tym miejscu luterańska Msza Św. jest sięgnięciem do przeszłości w celu ubogacenia się świadomością wspólnego dobra kościelnej liturgii. Nieżyjący dziś malarz i rzeźbiarz Franciszek Andrzej Bobola Biberstein-Starowieyski herbu Biberstein, brat znanego księdza Marka Starowieyskiego, zwykł mawiać: Kto nie zna nazwiska panieńskiego swojej prababki ze strony matki jest niechlujem.
Możemy zaryzykować stwierdzenie podobne: kto będąc chrześcijaninem nie zna historii swej liturgii i znaczenia elementów, znaków i symboli w liturgii występujących jest …..
Drodzy Bracia i Siostry!
Być może nie wszyscy z Was wiedzą, że pochodzę z Cieszyna, ale dziś wyjątkowo w kazaniu nie będzie mowy o Najjaśniejszym Panu Franciszku Józefie, cesarzu Austrii i Księciu Cieszyna.
W czasach Kontrreformacji ewangelicy w księstwie Cieszyńskim, pozbawieni do roku 1709 własnych kościołów, spotykali się w lasach. Co jakiś czas odkrywane jest gdzieś w Beskidach nowe miejsce, gdzie spotykano się na nabożeństwach, które oczywiście były surowo zakazane. Nabożeństwa te nazywano „nabożeństwami przy kamieniu”. Jak mogło odbywać się takie nabożeństwo? Jestem przekonany, że prawie w absolutnej ciszy, bo przecież w górach, w lesie, głos słychać na kilometr. Nie było więc kazania, nie było śpiewu, był kamień pełniący rolę ołtarza i sprawowano liturgię eucharystyczną w milczeniu, lecz każdy, wcześniej pouczony, wiedział i dokładnie znał symbolikę poszczególnych znaków i gestów. Liturgia to język znaków. Dlatego prześladowani, z całą pewnością obecni tam byli również moi przodkowie , budowali w lasach nie ambony tylko ołtarze i intuicyjnie pokolenie pokoleniu przekazywało proprium chrześcijańskiej wiary włąsnie w liturgii, według znanej zasady lex orandi-lex credendi. Dlatego w liturgii udział biorąc nie muszę usłyszeć wyraźnie wszystkich wypowiadanych przez celebrującego słów, muszę znać znaczenie języka znaków liturgii.
Prawosławni bracia robiąc znak krzyża łączą trzy palce a pozostałe dwa pozostają oddzielone, wskazując w ten sposób na Trójcę Św. i dwie natury Chrystusa, boską i ludzką.
Dlatego chylę moje czoło w szczerej wdzięczności dla wszystkich Państwa, drogie Siostry i Bracia, za ogrom pracy i trud włożone w przygotowanie tego nabożeństwa dla nas wszystkich tu zgromadzonych. My, ewangelicy, mamy wyjątkową sposobność zapoznać się z naszym autentycznym dziedzictwem, które po drodze gdzieś się zagubiło, a które jest niezwykle ważne, bo pokazuje nam jak blisko stali katolicy i luteranie w liturgii jeszcze 250 lat temu!
Chciałbym teraz kilka słów powiedzieć o Bachu. Cóż można dodać do tego, co wiem? Zbigniew Wodecki śpiewał kiedyś: „Zacznij od Bacha, gdy słońce na dachach”. Muzyka należy do liturgii, również do liturgii godzin. Przygotowując się do dzisiejszego nabożeństwa w pewnej chwili przyszedł mail o treści: Witam serdecznie,
„Jestem dawną chórzystką ,wiele lat temu śpiewałam w Akademickim Chórze. Obecnie wraz z grupa ok 15 przyjaciół w wieku 40-50 lat postanowiliśmy, że wrócimy do wspólnego śpiewania. Mamy wspaniałą Panią dyrygent, która zgodziła się z nami pracować i różnorodny repertuar.  Niestety wciąż poszukujemy  jakiejś sali na próby i patrona. Dlatego tez chciałam się zapytać księdza proboszcza czy w parafii przy ul. Partyzantów znalazłoby się jakieś pomieszczenie, która moglibyśmy raz w tygodniu wykorzystać na próby. W zamian moglibyśmy  w miarę potrzeby śpiewać na uroczystościach  religijnych w parafii. Szczęść Boże”
Odpisałem:
„Śpiewu nigdy nie jest za dużo. Nie wychowamy sensownego społeczeństwa bez zaangażowania obywateli w  przedsięwzięcia obywatelskie”.
Nie wiem ile płyt CD posiadamy wraz z moją Żoną, bo tego nikt już nie jest w stanie policzyć. Wszystkim Państwu życzę takiego partnera czy partnerki, która/który po 25 latach niełatwego związku, bo życie z duchownym nigdy nie jest łatwe, dalej będzie w stanie zachwycać się muzyką. Moja Żona od pewnego czasu analizuje muzykę Bacha i jego wariacje Goldbergowskie wykonywaną przez Glena Goulda twierdząc, że nigdy chyba nie zrozumiemy, co Bach zawarł w tej muzyce, a na horyzoncie muzycznym już pokazuje się Brahms, za którego ja, 20 lat temu, nie dałbym złamanego szeląga.
I dwa zdania na temat ewangelii Wjazdu Jezusa do Jerozolimy. Polecam książkę Benedykta XVI „Jezus z Nazarethu”, napisaną dla każdego chrześcijanina, w której papież przepięknie analizuje to wydarzenie. Gdyby taka scena miała miejsce dziś, gdziekolwiek w naszym kraju, ekolodzy byliby wzburzenii dewastacją środowiska naturalnego przez ścinanie gałązek drzew, organizatorzy byliby oskarżeni o zakłócenie porządku publicznego, miłośnicy zwierząt analizowaliby kondycje osiołka i słali apele do Unii Europejskiej z pytaniem ile może ważyć mężczyzna jadący na osiołku, źrebięciu oślicy i jaki może przebyć dystans z takim obciążeniem. Ludzie wyścielający drogę swoimi szatami byliby z pewnością grupami odwożeni do miejsc odosobnienia.
Ale mało kto dziś pamięta, że to wołanie wiwatujących przetrwało w naszej liturgii. Ono też później zmieniło się w wołanie „Ukrzyżuj”. To obraz nas samych. Czasami szybko się czymś zapalamy, ale ten ogień potem szybko gaśnie. Brak nam wytrwałości. Żyjemy w czasach szybkich i głośnych. Kto szybszy i głośniejszy w przekazie, mówieniu, gadaniu, zmyślaniu i kłamaniu, ten dziś ma szanse być zauważony. A Jezus jedzie na osiołku. Znowu widzimy naszego Pan w sytuacji skrajnej, która ma nam coś powiedzieć. Znowu z czegoś, co zaczęło się skromnie, na obrzeżu stolicy, w Betlejem, na peryferiach wielkiej monarchii pośród beskidzkich lasów lub w zniszczonej zakrystii Marii Magdaleny pokrytej kurzem i rozbitymi sprzętami, Bóg, jeśli zechce, może uczynić rzecz nie tyle wielką, co ważną, potrzebną, dającą nadzieję, że jednak prawdą są słowa:
„W ciszy i zaufaniu będzie wasza moc”. Przed nami sporo pracy, przed muzykami też, przed każdym z nas. Thomas Merton tak o tym pisze: Prawdziwa praca, to kłaść podwaliny pod głęboką przemianę serca całego narodu, tak by pewnego dnia mógł rzeczywiście przejść metanoię, której potrzebujemy, by świat żył w pokoju. Chrześcijanie muszą na nowo odkryć prawdę, że Krzyż jest znakiem życia, odnowy, afirmacji i radości, a nie śmierci, ucisku, negacji i odmowy życia. Nie wolni nam odrzucać opatrznościowych okazji przychodzących do nas pośród ciemności”.
Amen